sobota, 1 listopada 2014

WYWIAD Z MARTĄ TRZECIAK ("Inframundo", "Bliżej Dalej")


Podczas 18. Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie miałam okazję spotkać się z jedną z moich ulubionych pisarek młodego pokolenia, czyli z Martą Trzeciak. Byłam pewna, że ktoś, kto tworzy tak oryginalne historie, jak te spisane na kartach powieści "Inframundo" oraz "Bliżej Dalej", nie może być przeciętną osobą. Nie pomyliłam się! Jeżeli wciąż nie mieliście okazji zapoznać się z jej twórczością, to serdecznie do tego zachęcam! Warto.


O MARCIE TRZECIAK: Pisarz, naukowiec, refleksyjny żartowniś. Pracowała w fastfoodzie, leczyła zwierzęta w ZOO, sprzedawała gazety, badała mięso w rzeźni. Obecnie prowadzi warsztaty kreatywnego pisania i myślenia, robi doktorat na międzywydziałowych studiach, pisze w nurcie realizmu magicznego. Stypendystka Stypendium Kulturalnego Miasta Gdańska 2013.

BLOG AUTORKI: http://matrzeciak.blogspot.com/

MOJA RELACJA Z TARGÓW KSIĄŻKI: KLIK



Esa: W 2012 roku polscy czytelnicy otrzymali szansę zapoznania się z Pani twórczością. Na rynku wydawniczym pojawiła się wówczas powieść o tajemniczym tytule „Inframundo”, której jest Pani autorką . Kilka miesięcy temu, dzięki książce „Bliżej Dalej”, mogliśmy po raz kolejny przenieść się do niesamowitego świata, w którym to, co wysnute z marzeń i snów miesza się z tym, co prawdziwe. Skąd wzięła się u Pani potrzeba pisania?
Marta Trzeciak: To nawet nie jest potrzeba. To przymus. Absolutny przymus. Po prostu nie da się inaczej. Piszę właściwie odkąd pamiętam. Kiedy miałam siedem lat tworzyłam różne historyjki o pieskach i kotkach. O wszystkim tym, co mnie wtedy interesowało. Później próbowałam nie pisać, ale okazało się, że nie potrafię od tego uciec. Chyba nie przesadzę jeżeli powiem, że to jest silniejsze ode mnie. W mojej głowie rodzi się jakiś pomysł i nie daje mi usiedzieć spokojnie w jednym miejscu. Domaga się przelania na papier. Generalnie najpierw pojawia się bohater, a dopiero później wokół niego powstaje cała historia. W przypadku „Bliżej Dalej” taką bohaterką była Rita, która bardzo mocno kopnęła mnie w głowę. W jakiś sposób to wszystko jest niezależne ode mnie.
Esa: Wydaje mi się, że Rita jest jedną z bardziej wyrazistych postaci powieści.
Marta Trzeciak: Tak. To prawda. Co ciekawe jest to bohaterka, która wśród czytelników budzi mieszane uczucia. Wiadomo, że jest troszeczkę przerysowana, ale taki był mój cel. Chciałam pokazać, że głęboko w środku, pod płaszczem silnej, niezależnej kobiety kryje się krucha, zagubiona osoba.
Esa: Bohaterowie Pani książek są bardzo… ekscentryczni, nietuzinkowi, oryginalni. Rozumiem, że w życiu codziennym również otacza się Pani takimi osobami?
Marta Trzeciak: Muszę przyznać, że tak jest (śmiech). Wiadomo, że w jakiś sposób wszystko, co spotyka nas w życiu, wpływa na naszą twórczość. Oczywiście nie jest tak, że spotykam człowieka i myślę sobie – „Opiszę go! Będzie jednym z bohaterów mojej książki!”. Prawdę mówiąc to byłoby przerażające i nie wiem, czy ktokolwiek chciałby mnie znać!  Tym bardziej, że ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że wszyscy moi bohaterowie mają jakiegoś bzika. Niby wszystko jest z nimi w porządku, ale jednak w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że nie do końca.
Esa: No właśnie. Opisywane przez Panią historie sprawiają, że zaczynamy zastanawiać się, czy wydarzenia o których czytamy należą do świata jawy, czy może raczej bliżej im do świata snu. Podobne dylematy dotyczą bohaterów. Adalena nie jest typową, zdradzaną żoną do modelu której zdążyliśmy przywyknąć. Pod swój dach przyjmuje kochanki męża. Co więcej - pociesza je!
Marta Trzeciak: To, co Pani mówi jest bardzo ciekawe. Część czytelników „Bliżej Dalej” twierdzi, że Adalena to ich ulubiona bohaterka. Właśnie dlatego, że jest taka… zaskakująca. Inni natomiast przyznają się, że nie mogą jej słuchać, że wydaje się  im taka „rozlazła”. Nie potrafią zrozumieć jak Adalena może na to  pozwalać, bo przecież powinna wyrzucić te kobiety za drzwi! Dobrze jest być zdrowym i mieć wszystko na swoim miejscu, ale prawda jest taka, że dopiero anomalie sprawiają, że robi się interesująco. Wydaje mi się, że podobnie jest z książką. Przynajmniej z moimi książkami. Zachowuję pewne prawidła, które od zarania dziejów rządzą światem, jednak nie boję się wychodzić poza nie. Kiedy patrzymy na idących chodnikiem ludzi, to wydaje nam się,  że wszyscy oni są do siebie w jakimś stopniu podobni. Są normalni. Kiedy spędzimy z nimi trochę więcej czasu, to zaczynamy dostrzegać, że niektóre z ich zachowań są… dziwne, wręcz denerwujące. Paradoksalnie dopiero wtedy jesteśmy w stanie ich pokochać. Fascynują nas w drugim człowieku właśnie takie anomalie. Zarówno w „Inframundo”, jak i w „Bliżej Dalej” jest ich sporo.
Esa: Rzeczywiście. Greta, którą mogliśmy poznać na kartach powieści „Inframundo” rozmawia z bohaterami starych filmów, a Rita, Stella i Matylda z „Bliżej Dalej” nie tworzą typowej rodziny. Anomalią jest również ich ojciec…
Marta Trzeciak: To prawda, ale każdy ma swoje ulubione momenty. Nie zdradzajmy czytelnikom zbyt wiele… W każdym razie na kartach moich książek pojawiają się bohaterowie, którym jesteśmy w stanie wybaczyć całe zło. Właśnie dlatego, że są tak… niezwykli. Wydaje mi się, że ludzie, którzy mają jakieś tam zboczenia, są ciekawsi.
Esa: Historie opisane w Pani książkach nie są „typowe”. Zaskakują. Pewnie pojawiają się na ich temat również negatywne opinie…
Marta Trzeciak: Oczywiście, że tak. Proszę spróbować wyobrazić sobie, że zakłada Pani na pogrzeb czerwoną sukienkę. Nie obchodzą Panią w tym momencie normy społeczne czy opinie cioć i babć. Robi to Pani dla tego nieboszczyka. Podobnie jest z pisaniem książki. Wbrew pozorom negatywne opinie mnie cieszą, bo są znakiem, że danego człowieka zainteresowałam, zmusiłam do myślenia. Zna Pani filmy Davida Lyncha? Można je kochać, albo nienawidzić. Ja jego filmy kocham, co nie oznacza, że wszystkie mi się podobają.
Esa: Ma Pani swojego mistrza? Pisarza, który oddziałuje na Pani twórczość?
Marta Trzeciak: Mam kogoś takiego, ale nawet nie śmiem określać go mianem swojego mistrza. To Gabriel Garcia Marquez. Nie staram się naśladować sposobu, w jaki pisze, bo każdy robi to trochę inaczej. Mam jego książki w swojej biblioteczce, ale nie stawiam ich obok moich własnych. Ludzie dzielą się na tych, którzy przepadają za jego powieścią „Sto lat samotności” oraz na takich, którzy nie rozumieją jej fenomenu. Według mnie ta książka jest nudna, ale zarazem  właśnie fenomenalna.  Marquez pisze w nurcie realizmu magicznego. Nigdy nie stara się wszystkiego wyjaśniać. Pozostawia dużo miejsca na domysły…
Esa: Realizm magiczny. Pani również pisze w tym nurcie.
Marta Trzeciak: To nie jest tak, że kiedy zabierałam się do pisania mojej debiutanckiej powieści, to pomyślałam sobie – „Ta książka będzie utrzymana w nurcie realizmu magicznego”. Na dobrą sprawę dopiero niedawno zdałam sobie sprawę z tego, że piszę w jakimś nurcie…
Esa: Skoro jesteśmy przy pisaniu… Ostatnio przeczytałam, że Marek Krajewski wstaje o szóstej rano i głośno czyta to, co napisał poprzedniego dnia, ponieważ dzięki temu łatwiej wchodzi w rytm powieści. Po sześciu godzinach, choćby był w połowie zdania, przerywa pisanie. Jak to wygląda u Pani?
Marta Trzeciak: U mnie wygląda to zupełnie inaczej. Pisać w taki sposób, w jaki robi to pan Krajewski chyba nie dałabym rady. Wydaje mi się, że jeżeli ktoś jest bardziej… konkretny, to u niego coś takiego się sprawdza, ale w moim przypadku pisanie podlega silnym emocjom. Jeżeli czuję, że w mojej głowie narodziła się jakaś historia, to ją zapisuję. Jeżeli nie, to nie. Najlepiej pisze mi się pierwszą stronę, bo wtedy mam najwięcej pomysłów.
Esa: Im więcej pomysłów, tym pisanie robi się coraz bardziej niebezpieczne…
Marta Trzeciak: Coś w tym jest. Nawet jeżeli pomysły rozsadzają mi głowę, to muszę pamiętać o tym, że czytelnik o większości z nich pewnie nigdy się nie dowie. Często myślę sobie – „A może lepiej będzie napisać o tym później? Czy może jednak w tym miejscu?”. Nie robię tak, że siadam do pisania książki dopiero wtedy, kiedy mam kompletny pomysł. Może dlatego bohaterowie moich powieści tak często mnie zaskakują… Mówią mi – „Zrób tak.” i nie mam wyjścia. Każda z moich książek wygląda zupełnie inaczej, niż ją sobie zaplanowałam.
Esa: Kiedy zaczynasz pisać, to musisz mieć absolutną ciszę, czy jesteś w stanie tworzyć nowe historie na przykład w jakiejś knajpce?
Marta Trzeciak: Zdecydowanie bardziej wolę tłok, ale przyznam, że to wymagało wyćwiczenia. „Inframundo” zaczęłam pisać jeszcze kiedy byłam na studiach. Wtedy najchętniej zamykałam się w pokoju i nie daj Boże, kiedy ktoś do niego wszedł! Teraz nie mam z tym problemu. Mogę w takich warunkach pracować. Lubię usiąść w jakiejś knajpce i popisać.
Esa: Jak reagowali Pani znajomi, kiedy dowiedzieli się, że zamierza Pani wydać książkę?
Marta Trzeciak: Mówili: „Co? Książkę? Aaaa dobra – to Trzeciak. Niech sobie pisze…”. Pisałam właściwie od zawsze. Odkąd pamiętam coś tam sobie bazgrałam, więc w jakimś stopniu wszyscy się do tego przyzwyczaili.
Esa: Jak to jest w Polsce z wydaniem książki, jeżeli ktoś jest kompletnie nieznany?
Marta Trzeciak: Zależy, co jest dla takiej osoby celem. Wydanie książki to dopiero połowa drogi. To jest w zasadzie początek drogi. Nasze czasy dają dużo możliwości, ale jednocześnie bardzo wszystko utrudniają. Jeżeli chce się, żeby książka była czytana, to trzeba nad dotarciem do potencjalnych czytelników pracować. Jasne, że zdarza się, że ktoś coś wyda i nagle stanie się popularny. Debiut roku i tak dalej, ale jednak to pojedyncze przypadki. W każdym razie trzeba starać się być coraz lepszym w tym, w czym się dobrze czuje. Nie ma dwóch takich samych pisarzy. Ktoś może myśleć inaczej niż ja, ale nie oznacza to, że jest gorszy.
Esa: Na okładkach „Inframundo” oraz „Bliżej Dalej”  figuruje Pani jako M.A. Trzeciak. Dlaczego nie Marta Alicja Trzeciak?
Marta Trzeciak: Po imieniu mówią mi osoby, które mnie nie znają. Moi bliscy zwracają się do mnie właśnie po nazwisku. Trzeciak to, Trzeciak tamto. Kiedy miałam wydać książkę, niewiele zastanawiając się podpisałam się… Trzeciak. Po jakimś czasie doszłam jednak do wniosku, że wygląda to trochę dziwnie. Stąd to „M.A.”. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że często czytelnicy zastanawiają się, czy jestem kobietą, czy mężczyzną, ale sama się o to prosiłam…
Esa: To pasuje do opisywanego przez Panią świata, który jest przecież bardzo tajemniczy. Mam nadzieję, że każda kolejna wydana przez Panią książka zyska sobie jeszcze szersze grono czytelników, a nasza rozmowa zachęci tych, którzy jeszcze Pani książek nie mieli okazji przeczytać, do nadrobienia zaległości.

Marta Trzeciak: Również mam taką nadzieję! :)

Poniżej zamieszczam linki do moich wideorecenzji powieści Pani Marty Trzeciak - "Inframundo" oraz "Bliżej dalej" :).


środa, 29 października 2014

RECENZJA: "Kryminał tango" (K.S. Rutkowski)

TYTUŁ POLSKI: "Kryminał tango"
AUTOR: K.S. Rutkowski
WYDAWNICTWO: INTRO-DRUK Koszalin
ROK WYDANIA: 2010
STRON: 74  

Książka zawiera niecenzuralne słownictwo oraz opisy drastycznych scen. 
Tylko dla dorosłych!!!
     

O K.S. Rutkowskim: Ur. w 1974 roku. Autor twardej, męskiej prozy, która spotyka się zarówno z przychylnymi opiniami, jak i falą krytyki. Do tej pory wydał cztery książki: "Kryminał tango", "Brudne historie", "Chiński ekspres" oraz "W niewoli seksu". Rutkowski jest również współautorem galerii internetowej LADIES. Obecnie pracuje w Koszalinie.

STRONA AUTORA: KLIK

MOJA OPINIA: Kiedy byłam małą, uroczą dziewczynką, rodzice zabrali mnie na wycieczkę do Wadowic. Chcieli, żebym na własne oczy zobaczyła to wszystko, co jako dobrze ułożone dziecko powinnam obejrzeć . Oczywiście w naszym napiętym planie dnia musiało znaleźć się miejsce na zjedzenie przynajmniej jednej kremówki... Przeciętna, kilkuletnia dziewczynka z takiego wyjazdu zapamiętałaby pewnie jedynie smak ciastka lub potworny upał. Dochodzę do wniosku, że niestety (?) nie jestem przeciętna, bo zapamiętałam wyłącznie wysoki mur, obok którego przechodziliśmy.  Zatrzymałam się przed nim, a kiedy spojrzałam jeszcze wyżej, zobaczyłam wieżyczkę, na której stał mężczyzna. Widząc moje chorobliwe  zainteresowanie obiektem, mama wyjaśniła mi, że jest to więzienie, a pan, który spaceruje po wieżyczce, to strażnik czujnie obserwujący, czy żaden z osadzonych nie przekopuje się na drugą stronę. Na naszą stronę. Na wolność. Pomyślałam wtedy tylko jedno - "Szkoda, że nie mogę zobaczyć, co kryje się za murem.".
"Kryminał tango" to zbiór trzynastu krótkich opowiadań dotyczących więziennego życia. Życia za murem. Życia pod obserwacją. Ze zbiorkiem zapoznałam się już jakiś czas temu, jednak ponieważ podczas jego czytania towarzyszyły mi mieszane odczucia, postanowiłam trochę odczekać i nabrać dystansu. Pomogło. Przekonałam się, że większość opowiadań jest na tyle mocna, że wciąż krążą gdzieś po mojej głowie i nie dają o sobie zapomnieć. I bardzo dobrze, bo tego od tej książki oczekiwałam.
"Najprzyjemniejsze są noce, chociaż wleką się w nieskończoność, jak żałobne orszaki odprowadzające na cmentarz przeszłość. Tu tylko przeszłość jest ważna, przyszłość nie istnieje. W każdym razie nie ma znaczenia. Tu się nie marzy, bo to niszczy spokój ducha, zabija jego hart. Do przeszłości wraca tutaj każdy. Jest jedynym kapitałem, który się tu wnosi i którego klawisze nie zabierają ci na wejściówce."
Wydawca "Kryminału tango" zaznaczył, że jest to pozycja zawierająca niecenzuralne słownictwo oraz opisy drastycznych scen, więc kiedy zabierałam się za czytanie myślałam, że język opowiadań będzie bardzo mocny i że najprawdopodobniej wywoła u mnie pewien rodzaj zniesmaczenia. No właśnie. Myślał indyk o niedzieli, a w sobotę... Mówiąc krótko - zniesmaczenia nie było. Przynajmniej w moim przypadku. Może jest to spowodowane tym, że już przyzwyczaiłam się do warsztatu pana Rutkowskiego? Język opowiadań rzeczywiście jest ostry, pełen wulgaryzmów, ale wszystkie te zabiegi są "po coś". Dzięki nim czujemy klimat więziennej celi. Jesteśmy w stanie przenieść się do świata po drugiej stronie muru, a po powrocie do rzeczywistości potrzebujemy chwili czasu na zaaklimatyzowanie się.
"Jednak jego wygląd mylił. Kunsztowna fasada pozorów runęła pewnej nocy. Obudził mnie ciepły dotyk w głowę. To co we śnie było cieniutką stróżką wina, które wylewała na mnie młoda, ładna, dorodna kobieta, na jawie okazało się skapującą z góry krwią. Nade mną stał nowy z tlącym się papierosem w ustach."
Zbiór opowiadań liczy sobie niespełna osiemdziesiąt stron, więc można by pomyśleć, że "Kryminał tango" to lektura na jeden wieczór. Nic bardziej mylnego. Opowiadań zamieszczonych w zbiorze po prostu nie da się (oczywiście w świadomy i refleksyjny sposób) przeczytać na raz. Pod pozornie zwykłymi rozmowami więźniów o przysłowiowej dupie Maryny, kryje się drugie dno (jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało). Nie będę go przed wami odsłaniać, bo uważam, że do wspomnianego dna każdy powinien dotrzeć samodzielnie. Powiem tylko tyle, że świat budzący wstręt dla jednych, może być ogrodem szczęśliwości dla drugich. Jedynym ogrodem, w którym potrafią funkcjonować i którego częścią się czują.
"Nie, młody, żaden z tych zabitych mi się nie śni. Sypiam bez problemów. Nie dręczy mnie sumienie. Może ze dwa razy o tym myślałem. I to tylko wtedy, kiedy ci lekarze w wariatkowie gnębili mnie tymi wszystkimi pytaniami. Bo wszyscy myślą, że zabijanie wymaga jakichś specjalnych predyspozycji, podatnego na zło charakteru. Bzdury. Zabija się łatwo. Zabić może każdy. Menel i profesor nauk humanistycznych. Tylko potem już wszystko zależy od tego, jaki jesteś. Miękki czy twardy."
Jak w każdym zbiorze opowiadań, tak i w tym znajdziemy historie lepsze i gorsze. Największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie tytułowe - "Kryminał tango". Dlaczego? Przekonajcie się sami sięgając po debiut K.S. Rutkowskiego. "Kurier Czytelniczy" napisał kiedyś o tej książce, że "nie sposób uniknąć odniesień do "Murów Hebronu" Andrzeja Stasiuka". Rzeczywiście, choć nie sądziłam, że to zrobię, muszę się z tym zgodzić. Zaznaczam jednak, że w mojej skali ocen książka Stasiuka (który swoją drogą jest jednym z moich ulubionych polskich pisarzy) plasuje się znacznie wyżej. Opowiadania Rutkowskiego są po prostu dobre. Może rzeczywiście ze względu na język i podjęty temat nie jest to lektura dla wszystkich, jednak jeżeli macie ochotę na zweryfikowanie waszych wyobrażeń na temat życia toczącego się za wysokim murem, polecam. 

Za książkę dziękuję autorowi, jednak fakt ten nie miał wpływu na moją opinię.

niedziela, 26 października 2014

18. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie - RELACJA !!! :D (23.10.-26.10.)




z Zygmuntem Miłoszewskim

z Jolantą Kosowską

z Sylwią Gruchałą

z Anną Onichimowską

z Martą Trzeciak

z Julią Hartwig

z Remigiuszem Mrozem

z Piotrem Surmaczyńskim

z Maciejem Stuhrem
Targi bez autografów i nowych książek? Hmmm... To niemożliwe... :) Poniżej możecie zobaczyć, co udało mi się "upolować" w tym roku.





Na tegorocznych Targach Książki w Krakowie mogłam spotkać się nie tylko z ulubionymi pisarzami, ale również z Wami, moimi widzami i czytelnikami, bez których Esa nie byłaby w tym miejscu, w którym jest. Ogromnie cieszę się, że nie baliście się do mnie podchodzić i zamieniać przynajmniej kilku słów. Spotkanie "na żywo" to zawsze zupełnie co innego niż rozmowa online. :) Daliście mi solidnego kopniaka pokazując, że jest dla kogo nagrywać i pisać. :) Nie spodziewałam się, że podczas tych czterech dni spotkam tak wiele osób, które oglądają moje filmiki! :)
Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna!!! :)


środa, 15 października 2014

RECENZJA: "Bestia" (Anders Roslund, Borge Hellstrom)


TYTUŁ POLSKI: "Bestia"
TYTUŁ ORYGINALNY: "Odjuret"
AUTORZY: Anders Roslund, Borge Hellstrom
PRZEKŁAD: Wojciech Łygaś
WYDAWNICTWO: Albatros
ROK WYDANIA: 2014
STRON: 405

OPIS WYDAWCY: Bernt Lund, skazany za zgwałcenie, okaleczenie i zamordowanie dwóch dziewczynek, ucieka z więziennego transportu. Policja mobilizuje wszystkie siły, z profilu psychologicznego wynika bowiem, że ścigany prawdopodobnie popełni kolejne zbrodnie. Jej wysiłki są jednak niewystarczające. Lund uprowadza kolejne dziecko. Fredrik Steffensson, zrozpaczony ojciec porwanej z przedszkola i bestialsko zamordowanej pięcioletniej Marie bierze sprawy w swoje ręce. W pościgu za zabójcą okazuje się bardziej skuteczny niż policja i sam wymierza sprawiedliwość. Jego czyn trudno uznać za działanie w obronie własnej...

MOJA OPINIA: