piątek, 19 sierpnia 2016

BŁYSKAWICZNY BOOK TAG !!!




ORYGINALNY TAG: KLIK

PYTANIA:
1. E-book czy książka papierowa?
2. Miękka czy twarda okładka?
3. Internet czy księgarnia stacjonarna?
4. Trylogia lub seria: tak czy nie?
5. Biały czy czarny charakter?
6. Książka, którą polecam wszystkim to...
7. Niedoceniana książka to...
8. Ostatnio przeczytałam/em...
9. Ostatnio kupiłam/em...
10. Najdziwniejsza rzecz, która posłużyła mi jako zakładka to...
11. Używane książki: tak czy nie?
12. Moje 3 ulubione gatunki to...
13. Pożyczona czy kupiona?
14. Bohaterowie czy fabuła?
15. Długa czy krótka?
16. Długie czy krótkie rozdziały?
17. Trzy książki, o których pomyślałam/em w tej chwili to...
18. Książka, która mnie rozśmieszyła lub wzruszyła.
19. Świat rzeczywisty czy fikcyjny?
20. Audiobooki: tak czy nie?
21. Czy oceniasz książki po okładkach?
22. Film czy serial na podstawie książki?

Do odpowiedzenia na pytania zachęcam absolutnie wszystkich chętnych :).

niedziela, 5 czerwca 2016

BOOKTUBE OD KULIS - TAG


Być może część spośród Was zastanawia się nad tym, jak to jest nagrywać filmiki o książkach. W poniższym materiale mówię między innymi o tym, dlaczego zaczęłam prowadzić właśnie taki kanał, jakiego sprzętu używam oraz jak postrzegam współprace z wydawnictwami i autorami.




piątek, 27 maja 2016

RECENZJA: "Delta Dietla" (Marcin Świetlicki)

Tytuł: Delta Dietla
Autor: Marcin Świetlicki
Wydawnictwo: EMG
Rok wydania: 2015

Uprzedzam, że to moja pierwsza recenzja poezji.

Starość jest ostatnim etapem życia człowieka. Na szczęście dzisiaj stąpamy po świecie znacznie dłużej, niż nasi przodkowie. Już nie musimy wskakiwać do trumny rażeni dżumą, cholerą, albo tyfusem. Według Światowej Organizacji Zdrowia w wiek podeszły wkraczamy dopiero około sześćdziesiątki. Jeżeli dopisze mi szczęście, czeka mnie więc jeszcze czterdzieści lat życia bez etykietki "stara". Oczywiście o ile nie zostanę cenioną poetką. Wtedy ludzie znacznie wcześniej, niż powinni, określą mnie mianem "Starej Mistrzyni".
Do dnia dzisiejszego wśród krytyków trwają dyskusje nad tym, czy rok 1989 powinniśmy uznawać za przełomowy także dla literatury. Według Krzysztofa Uniłowskiego przełom co prawda dokonał się, ale jedynie po stronie czytelników, którzy go oczekiwali. Najwyraźniej siła tłumu wciąż jest ogromna, a jak wiadomo tłum lubi wiedzieć, po czym stąpa. Ceni sobie jasność i uporządkowanie. Może właśnie dlatego tak bardzo lubi etykietować rzeczywistość? Wyraźnie widać to na przykładzie poezji. Jeżeli współczesny odbiorca wyczuje w niej ton nostalgiczny, podsumowujący, będzie oznaczało to tylko jedno - czas wyznaczyć cezurę. Stworzyć Poetę Młodego i Poetę Starego. Co więcej, w tym ostatnim obowiązkowo należy doszukiwać się oznak geniuszu. W końcu jeżeli wcześniej uznawano go za twórcę bardzo dobrego, to teraz wypada mówić o nim wyłącznie jako o Mistrzu. Starym Mistrzu. 
Odnoszę wrażenie, że w poetyckim momencie przełomowym według wielu osób znalazł się obecnie Marcin Świetlicki. Powoli można zauważyć już głosy, które próbują dokonać podziału na pana Ś. Młodego i pana Ś. Starego. Ten ostatni pojawia się oczywiście wtedy, gdy ktoś wspomina o jego dwóch najnowszych tomikach - "Jednym" (2013) i "Delcie Dietla" (2015). Moim zdaniem sugerowany przez samego autora nowy początek jest zwyczajnym blefem, który ma na celu ośmieszenie czytelnika. Potraktowanie go z ironią - nieodłącznym elementem twórczości Świetlickiego. Podejmowanie prób odkrycia nowego oblicza poety potrafię wytłumaczyć sobie jedynie w ten sposób, że jakiś czas temu na jego skroni pojawił się pierwszy siwy włos. Oczywiście starość może być obecna także w wymiarze emocjonalnym, ale nie oszukujmy się - nikt nie określi dwudziestokilkuletniego poety Starym Mistrzem! Nawet jeżeli będzie on wyjątkowo dojrzały. Przykład? Proszę bardzo. Krzysztof Kamil Baczyński. 
Marcin Świetlicki
(fot. Marcin Rutkiewicz - źródło)
Świetlicki debiutował w lubelskim "Akcencie". Jego pierwszy tomik, czyli "Zimne kraje" (1992), został wydany przez fundację "bruLionu". Warto zaznaczyć, że ukazał się on w słynnej fioletowej serii i został odczytany jako poetycki protest przeciwko oglądaniu świata przez pryzmat polityki. Dzisiaj Marcin Świetlicki ma na swoim koncie jedenaście książek poetyckich, trzy powieści i dwa opowiadania. Jest również wokalistą grupy muzycznej "Świetliki" oraz laureatem wielu nagród literackich, które dość nieudolnie stara się omijać szerokim łukiem. Nieudolnie, ponieważ jego najnowszy tomik, a więc "Delta Dietla", nominowano do kolejnej. Mowa oczywiście o Nagrodzie im. Wisławy Szymborskiej. 
Aż trudno uwierzyć w to, że człowiek, który od jakiegoś czasu obsesyjnie kocha liczby, nie pokusił się o nadanie swojemu najnowszemu tomikowi matematycznie przemyślanego tytułu. Na szczęście (dla zwolenników uporządkowania) zawartość "Delty Dietla" została precyzyjnie rozplanowana. Przynajmniej tak wydaje się w pierwszej chwili. Sugeruje to zresztą sam wydawca, który na skrzydełku tomiku zamieścił następującą informację: "Jedenasta książka poetycka Świetlickiego. Jedenaście razy pięć po pięć wierszy. Pięćdziesiąt pięć. Szaleństwo". Brawo. Właśnie zrobiliśmy sobie powtórkę z tabliczki mnożenia. Gdybyśmy przygotowywali się do kartkówki z matematyki, moglibyśmy liczyć na zdobycie oceny celującej.
"Delta Dietla" zawiera wiersze z lat 2013-2015, a więc możemy potraktować ją jako pewnego rodzaju antologię. Utwory, które się na nią złożyły, zostały tematycznie pogrupowane. Czytelnik może więc przeczytać między innymi pięć wierszy: "na początek", "o Polsce", "o wierszach", "lękowych", "nabożnych", "o", "psich", "o mieście" i "na koniec". Taki podział wydaje się być sztuczny. Nie można przecież tak jasno rozdzielić podjętych tematów. Wszystkie one wzajemnie się przenikają. Co więcej, nie są w twórczości Świetlickiego niczym nowym. Pojawiały się już wcześniej.
"Delta Dietla" sprawia wrażenie tomiku zamkniętego. Otwiera go "Pięć wierszy na początek", a finalizuje "Pięć wierszy na koniec". Czyżby poeta chciał pokazać nam w ten sposób jakiś ograniczony fragment siebie? A może postanowił podsumować własne życie? Figura zamknięcia powinna odesłać nas do miejsca, które będziemy mogli oswoić i zrozumieć. Tak się jednak nie dzieje. Świadczy o tym na przykład wiersz pt. "Nie stąd":
 Bo nie stąd jestem. I gdziekolwiek byłem/ byłem nie stamtąd. Przyszedłem przebadać/ tę okolicę, jak najwięcej nabrać,/ zagarnąć i nakłamać.
Czytelnik nie może więc spodziewać się, że będzie obcował z poezją zakotwiczenia, która odkryje przed nim to, co znajduje się za zasłoną. Świetlicki wykorzystuje w tomiku motyw wielokrotnych, lustrzanych odbić. Budzą one skojarzenia z lacanowską fazą lustra, podczas której na mocy autoidentyfikacji z własnym odbiciem powinno dojść do ukształtowania "Ja" człowieka. U Świetlickiego jednak do żadnej autoidentyfikacji dojść  n i e   m o ż e. Poeta wciąga czytelnika do gry. Sprawia mu tym chwilową, ulotną przyjemność. Nie przez przypadek w tomiku pojawia się przecież tyle blasków i najróżniejszych błysków. Wywołują je księżyc, błyskawice, zapalniczki, zapałki... 
ulica Dietla w 1895 roku (źródło)
Warto zwrócić uwagę na "Pięć wierszy o księżycu". Stanowią one nawiązanie do twórczości Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, w której słońce nocy pojawiało się przecież nader często. W utworach Świetlickiego księżyc staje się "patronem obłąkanych". Pełni bardzo istotną funkcję. Ma zanieść wiadomość w nieświadomość, a więc tam, gdzie człowiek samodzielnie nie może dotrzeć. Księżyc stanowi u niego byt, który może wyłączyć świat. Wyłączyć wszystkie odbicia, błyski i blaski. Sprawić, że choć wkroczymy w ciemność, będzie to ciemność wyjątkowo wyrazista. Taka, która umożliwi nam spoglądanie na świat oczyma duszy. Czyżby więc Marcin Świetlicki przyznawał rację romantykom? 
Jak się okazuje autor "Delty Dietla" nawiązuje nie tylko do tradycji romantycznej, ale także do ekonomii środków poetyckich stosowanej przez Tadeusza Peipera. Wyraźnie widać ją w utworze pt. "Pierwszy":
Wnieś/ widzom widmowym ową niewiadomą
Poeta utrzymuje więc kontakt ze swoimi poprzednikami. Choć ogranicza liczbę słów, mówi całkiem sporo. Pokazuje, że odczuwa związek z tradycją i historią - zarówno tą większą, jak i mniejszą, lokalną. Skrzyżowanie krakowskich ulic Dietla i Starowiślnej to dla Świetlickiego miejsce wyjątkowe. Bliskie, ale jednocześnie dalekie - zmienne i nieuchwytne. 
Najmocniejszą stroną tomiku są utwory poświęcone ojcu. Żałoba została ukazana w nich w sposób dosadny, ale nie patetyczny. Takie wyczucie świadczy o dużej świadomości poetyckiej ich autora. Wiersze te przypominają małe opowieści. Mikrohistorie o sporym ładunku emocjonalnym. Przejmują i pozostają w pamięci na bardzo długo. Ojciec, który odszedł, paradoksalnie wciąż jest obecny. Przypomina o nim narąbane drewno i... zdjęcie w Google Maps. Żałoba, podobnie jak klepsydra, nie jest idealna. To dobrze. W przeciwnym razie wzbudzałaby podejrzenia. 
Wyraźnie widać, że choć Świetlicki uderza w poważniejsze, ciemniejsze tony, nie rezygnuje z zakorzenienia swojej poezji w codzienności, teraźniejszości. Nie zamierza pogrążać się w rozpaczy. W wierszu pt. "6 Marca" czytamy, że "lepsza jest żywa pamięć". O tym, że Świetlicki nie porzuca charakterystycznego dla siebie zainteresowania potocznością i codziennością świadczy między innymi utwór pt. "Gejskie granie", który rozpoczyna się słowami:
Asymiluj się, asymiluj, nie obśmiewaj ich/ przesądów, ich kultury, słuchaj tego umc umc,/ które się z ich głośników wydobywa
Czytelnik rozpoznaje więc własną codzienność. Codzienność, która próbuje stworzyć z każdego z nas egzemplarz pożądany. Taki, który będzie "trendy".  Taki, który przestanie zwracać uwagę na wewnętrzne dziecko. Taki, który nie zawaha się przed tym, żeby je zabić.
"Deltę Dietla" przenika chłód i rozjaśniana błyskami ciemność. Jest poważnie. Marcin Świetlicki nie ma jednak zamiaru się z nami żegnać. On tylko obserwuje. Krąży po ulicach i uważnie patrzy. W jego utworach mówią osoby różne, a jednak bardzo podobne. Ktoś, kto stracił kogoś bliskiego, człowiek mediów krzyczący: "Asymiluj się!", wieczny wędrowiec spoglądający na mapę Polski, właściciel psa... Poeta przygląda się więc otaczającej go rzeczywistości. Taką postawę dobrze obrazuje wiersz pt. "Odszczekiwanie":
 Och, moja droga suko, wyjdziemy na spacer./ I zobaczymy sobie, 
co tam robi świat
Świetlicki w "Delcie Dietla" nieznacznie zbacza z utartego szlaku. Poeta, jakiego do tej pory znaliśmy, nie umiera. On jedynie na chwilkę nas opuszcza. Wychodzi do pomieszczenia obok, żeby zalać herbatę lub wyłączyć piekarnik. W ostatnim utworze zbioru możemy przeczytać:
I nie umieram. Ja tylko na moment przepraszam
Paradoksalnie głos Świetlickiego staje się w ten sposób wyraźniejszy. Do jego bezpośredniości, obcesowości, prozatorskości, należy dodać silniejszy niż zwykle element refleksyjności i... bon appétit! 

sobota, 23 kwietnia 2016

RECENZJA: "Jolanta" Sylwii Chutnik


Tytuł: Jolanta
Autor: Sylwia Chutnik
Wydawnictwo: Znak Literanova
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 259


Nadzieja matką głupich. To jedna z tych mądrości, które w dzieciństwie powtarzali nam dziadkowie i rodzice.  Nie można mieć im tego za złe, bo najprawdopodobniej próbowali przestrzec nas przed wiarą w magiczną moc zmian. Nie oszukujmy się. Nowy zeszyt do matematyki nie sprawi, że nagle staniemy się Pitagorasem, a różowa grzywka nie uczyni z nas Sylwii Chutnik. Nie wystarczy również obwieścić światu, że zakładamy plantację pomidorów. Najpierw trzeba pójść po nasiona i wrzucić je do ziemi. 
Pod koniec lat 80. dużo mówiło się o nadchodzącym przełomie. Polacy wierzyli, że wkrótce nastaną lepsze czasy. Czasy, w których zapanuje Wolność, Równość i Braterstwo. Nawet różnica między szampanem, a szamponem będzie wyraźniejsza. Sklepowe półki w końcu zaczną uginać się i od jednego, i od drugiego. Nawet najbardziej gburowaci sąsiedzi odetchną pełną piersią.
Rok 1989 także i dziś postrzegany jest przez wielu jako nowy początek. Jako moment, w którym na świecie pojawiła się dobra wróżka, zaczarowała dynię i umożliwiła Kopciuszkowi wyjazd na Zachód.  Nie zapominajmy jednak o tym, że czary nie trwają wiecznie. Już w latach 90. odezwało się przecież sporo głosów, które zakwestionowały określanie roku 1989 mianem przełomu. Wśród nich były też głosy krytyków literackich, takich jak Julian Kornhauser oraz Krzysztof Uniłowski. Jakkolwiek nie nazwalibyśmy tego momentu, to nie ulega wątpliwości, że jest on dla nas ważny. Z tego powodu wielu pisarzy czuje się wręcz w obowiązku, by skreślić o nim przynajmniej parę słów. Rozprawiliśmy się z wojną, rozprawmy się z przemianami końca lat 80. W myśl tej zasady postąpiła Sylwia Chutnik, która tym razem zabrała czytelników do... Piekiełka. Po lekturze Jolanty aż chciałoby się powiedzieć: "Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją". 
Sylwia Chutnik, fot. Włodzimierz Wasyluk
Autorka Kieszonkowego atlasu kobiet tym razem postanowiła sprawdzić, czy transformacja ustrojowa rzeczywiście odmieniła losy ludzi, a ściślej rzecz ujmując - płci pięknej. Podjęcie takiego tematu raczej nie powinno nikogo dziwić. Pisarstwo Sylwii Chutnik jest przecież dość mocno zakorzenione w teoriach feministycznych. Sama autorka należy do Porozumienia Kobiet 8 Marca oraz kieruje fundacją MaMa. Na kartach Jolanty panów mamy więc jak na lekarstwo. O ile przemykające po Żeraniu kobiety są w najgorszym wypadku nijakie, o tyle mężczyźni nie dość, że pojawiają się rzadko, to na dodatek stanowią przyczynę wszelkich tragedii - gwałtu, rozwodu, końca dzieciństwa, macierzyństwa... 
Sylwia Chutnik nieco na siłę próbuje utrzymać tożsamość swojej prozy. Wyraźnie widać to szczególnie na linii Kieszonkowy atlas kobiet (przede wszystkim ostatni rodział) - Jolanta. Akcja obydwu utworów toczy się w Warszawie, a ich bohaterkami są nietuzinkowe dziewczyny. O ile jednak Czarna Mańka, która podpala bazar, jest jakaś, o tyle Jolanta pozostaje absolutnie bierna. Można odnieść wrażenie, że Chutnik nie potrafi już powołać do życia superbohaterki na miarę dziewczynki mieszkającej w kamienicy przy Opaczewskiej. Dziewczynki, która zmienia rzeczywistość. Jolanta przypomina raczej rozbitka wykończonego walką z falami. Kurczowo trzyma się dryfującego kawałka drewna, a nadzieję na ocalenie czerpie ze spoglądania w stronę latarni morskiej, którą jest dla niej komin elektrociepłowni. 
Można więc dojść do wniosku, że Jolanta nie żyje, ale jest żyta. Żyta przez sąsiadów, rodzinę, samą autorkę. Główna bohaterka najnowszej powieści Sylwii Chutnik zachowuje się jak szmaciana lalka. Taka, jaką robi się ze znalezionych na strychu kawałków materiałów. Może właśnie dlatego Jola przypomina Marysię, ale w wersji mocno wybrakowanej? Obydwie kobietki zadają sobie ból. Sprawiają, że ich dłonie krwawią. Chcą czuć, że żyją. Tyle tylko, że Jolanta jest już martwa. Podejmowane przez nią próby zmartwychwstania kończą się fiaskiem. Nie pomaga alkohol, nie pomaga klej, nie pomaga nawet Anatolij Kaszpirowski... 
Różnice między Marysią i Jolą z całą pewnością zaintrygują czytelnika, któremu twórczość Sylwii Chutnik nie jest obca. Pozostaje tylko pytanie, czy Jolanta jest tak bezbarwna i nijaka przez przypadek, czy może raczej możemy mówić o zabiegu celowym, mającym pokazać, że nawet wielkie przemiany, jakim ulegał wówczas kraj, nie były w stanie odmienić losu szarej obywatelki? Obywatelki reprezentującej całe pokolenie młodych ludzi. Właściwie jedynie w takiej sytuacji można by uwierzyć, że tyle nieszczęść jest w stanie spaść na jedną osobę. Przecież w realnym życiu nie istnieje człowiek, który przez cały czas przeżywa tragedie! Najpierw rozwód rodziców, później alkoholizm matki, małżeństwo bez miłości, niezaspokojona potrzeba głaskania po głowie, depresja poporodowa... Jolantę wypadałoby więc potraktować jako zlepek szmacianych historii. Opowieści podsłuchanych przez cienkie ściany żerańskich bloków.
Żerań - miejsce akcji powieści
Problem z najnowszą powieścią Sylwii Chutnik polega na tym, że nawet w sytuacji, w której zdecydujemy się przyjąć, że Jolanta jest reprezentantką całego pokolenia, nie będziemy mogli uznać tej opowieści za szczególnie udaną. Mimo dobrych intencji, wykonanie nie powala na kolana. Tego typu historie powinny poruszać. Ta tego nie robi. Jest najzwyczajniej w świecie... sztuczna. Zarówno pod względem fabularnym, jak i językowym. 
Jolanta dzieli się na trzy rozdziały. Dwa pierwsze zawierają krótkie opowieści, które snują bohaterowie drugoplanowi - matka głównej bohaterki, a więc kobieta wypatroszona, dozorca, czyli człowiek skomplikowany, ojciec Jolanty, określający się mianem mężczyzny nieszczęśliwego oraz mąż Joli, człowiek pracowity. Trzeba przyznać, że to właśnie te cztery historie są najlepszymi fragmentami nowej powieści Sylwii Chutnik. Sprawiają, że czytelnik może spojrzeć na świat przedstawiony w utworze, z kilku różnych perspektyw. Może odkryć, że choć mieszkańcy sprawiają wrażenie pozbawionych energii, to tak naprawdę mają całkiem sporo do powiedzenia. Przez Chutnik zostali odmalowani znacznie lepiej, niż główna bohaterka. Ich historie są ciekawe i dookreślają samą Jolantę.
Fabuła utworu kuleje pod ciosami losu. W książce poznajemy historię, której akcja toczy się na warszawskim Żeraniu. Właściwie powinnam chyba powiedzieć, że toczyć się próbuje, bo to, o czym czytamy, przypomina przede wszystkim zły sen. Choć nie jest to pierwszy utwór, w którym Sylwia Chutnik opisuje Warszawę, Żerań niestety nie przypomina tutaj Żerania. Odmalowana przez autorkę dzielnica niestety jest... bezbarwna. Odniosłam wrażenie, że Żerań to jedno wielkie Wszędzie. W takim razie może warto zadać sobie pytanie, po co w ogóle podawać jakąkolwiek nazwę? Dlaczego akurat Warszawa, a nie na przykład Żagań, Żary, Żoliborz, Żychlin lub Żerków?
Bardzo podobnie sprawa ma się z czasem akcji. Choć wydarzenia rozgrywają się w latach 80., Sylwia Chutnik zaledwie to sygnalizuje. Wielka szkoda, bo gdyby tło nabrało wyrazistości, cała historia stałaby się o wiele głębsza i pełniejsza. Prawdziwsza. Opowieść, którą czytelnik poznaje na kartach Jolanty, może więc wydarzyć się nie tylko Wszędzie, ale również Zawsze. Tyle tylko, że nikt w nią nie uwierzy, a wszystko dlatego, że historia Jolanty jest historią przesyconą sztucznością. Sztuczny jest Żerań, sztuczne są problemy, sztuczny jest brak miłości, sztuczny jest komin, na który każdego dnia spogląda główna bohaterka. Sztuczny jest nawet język, jakim została spisana ta opowieść. 
Sylwia Chutnik przywołuje całą masę odniesień intertekstualnych. Na kartach książki czytelnik znajdzie przetworzone fragmenty dziecięcych wyliczanek, znanych wierszyków, klasyki literatury... Jest tego tak dużo, że czytając Jolantę można odnieść wrażenie, że jest się uczestnikiem pokazu sztucznych ogni. Ze wszystkich stron jesteśmy atakowani przez niepowiązane ze sobą rozbłyski. Coś takiego może spodobać się chyba jedynie pseudointelektualistom. Materiał, z którego mogłoby powstać kilka świetnych opowiadań lub powieści, został upchnięty na niespełna trzystu stronach. 
Dlaczego Sylwia Chutnik zdecydowała się podjąć dialog z tradycją? Odnoszę wrażenie, że pragnęła pokazać świat, w którym przedstawiciele każdego pokolenia znajdą coś swojego. Coś odwiecznego. Nie bez powodu wszystko sprawia wrażenie podsłuchanego przez ścianę, a więc bliskiego. Jolanta powiela błędy swojej matki. Prawdopodobnie tak samo będzie postępowała kiedyś jej córka. Kolejne pokolenia nie potrafią uwolnić się spod wpływu poprzednich. Gromadzą w głowach zasłyszane rymowanki i piosenki. Rok 1989 nie może więc w istotny sposób wpłynąć na losy bohaterów utworu. Mąż Jolanty co prawda prowadzi brudne interesy, jednak prawdopodobnie robiłby to także w innych warunkach. Po to, żeby poprawić byt swojej rodziny.
Jolanta to bardzo specyficzna książka. Znajdzie zarówno grono zwolenników, jak i zagorzałych przeciwników. Opowieść o świecie pozbawionym głaskania, przytulania i kochania robi wrażenie, ale czy jest wiarygodna? Wszechobecność tragizmu oraz podstarzałego dozorcy może wzbudzać niepokój. W końcu chyba nikt z nas nie chciałby codziennie odpowiadać na pytanie: "A ty nie boisz się tak tu żyć?".


piątek, 22 kwietnia 2016

W KILKU SŁOWACH O... "Jolancie" Sylwii Chutnik

Posłuchajcie opowieści o szmacianej Lali, którą ludzie niechętnie po głowie głaskali

Jolantę wyprodukowano na warszawskim Żereniu. Kobieta-Matka "wystała" sobie igłę i mocną nitkę, a Mężczyzna-Ojciec zdobył kilka starych szmatek i watę. W wyniku współpracy dwojga wyżej wymienionych przedstawicieli plemienia Blokowców, nastąpiło zszycie. Początkowo wydawało się, że Jolanta będzie idealnym dopełnieniem wózka oraz słodkim obiektem pożądania całej rodziny. Kolejne lata pokazały jednak, że materiały, których użyto do jej wytworzenia, są wątpliwej jakości. Szmatki dostarczone przez Mężczyznę-Ojca, to najprawdopodobniej fragmenty okryć alkoholika, gwałciciela, cudzołożnika, emocjonalnego inwalidy i nastolatka uzależnionego od wdychania kleju. Lala Jolanta nie mogła więc odgrywać ani roli matki, ani córki, ani siostry, ani żony, ani... nikogo i niczego. Na świecie zawsze znajdzie się jednak ktoś, kto zechce się taką lalą pobawić. 
Raz, dwa, trzy - dziś Jolantę pogłaskasz Ty! Właściwie to Ty i Sylwia Chutnik, która uznała ją za idealną bohaterkę swojej najnowszej powieści. Powieści, której akcja toczy się w latach przełomu ustrojowego i przypomina dobrze wszystkim znany lep na owady. Wieszamy go pod sufitem i czekamy na ofiary. Muchy, pszczoły, motyle, dmuchawce i własne włosy. Zapamiętane z dzieciństwa wyliczanki i piosenki, nauczone przez babcię modlitwy, ulatujące z naszej głowy opowieści. Przecież wszystko da się wykorzystać. Szczególnie wtedy, gdy na sklepowych półkach stoi prawie wyłącznie ocet. Szkoda jedynie, że obszerny materiał, z którego mogłoby powstać kilka świetnych opowiadań o losach nietuzinkowych kobiet, został wykorzystany w jednej, niespełna trzystustronicowej książce. Niestety Jolanta nie jest w niej tak wyrazista, jak podpalająca świat Czarna Mańka (Kieszonkowy atlas kobiet)
Sylwia Chutnik serwuje czytelnikowi wyprawę do świata Innego. Wyolbrzymionego, zdeformowanego, bezwzględnego i sztucznego. Świat ten znajduje się w momencie transformacji. Ma ona odmienić losy wielu wchodzących w dorosłość ludzi. Wśród nich jest i Jolanta. Jolanta Nieśmiertelna. Jolanta Nijaka. Jolanta N.N. Jolanta, która w przyszłości chce zostać nocnymi krzakami wtopionymi w mrok. Jolanta bierna wobec świata. Jolanta, która chce uciec. Od rozwodu rodziców, śmierci matki, braku miłości, obleśnego sąsiada, wszystkich możliwych tragedii. Aż chciałoby się krzyknąć: "Od powietrza, głodu, ognia i wojny, wybaw ją, Sylwio!".
Wbrew zapewnieniom wydawcy Jolanta nie jest powieścią, która wzrusza. Czym wobec tego jest? Pomidor. Kto powinien ją przeczytać? Pomidor. Czy warto spędzić w jej towarzystwie czas? Pomidor. 

Recenzja powieści pojawi się już wkrótce.


środa, 17 lutego 2016

RECENZJA: "Drobne występki w czasach obfitości" (Matthew Kneale)


TYTUŁ POLSKI: "Drobne występki w czasach obfitości"
TYTUŁ ORYGINALNY: Small Crimes in an Age of Abundance
AUTOR: Matthew Kneale
WYDAWNICTWO: Wiatr od Morza
TŁUMACZENIE: Michał Alenowicz
ROK WYDANIA: 2015
STRON: 288