czwartek, 19 lutego 2015

Co kupiłam na "pchlim targu" w Krakowie?

Zapraszam do obejrzenia krótkiego filmiku, w którym pokazuję Wam starsze książki, które kupiłam w ostatnim czasie :). Oczywiście w okazyjnych cenach. Miłego oglądania!

środa, 18 lutego 2015

"Brudne historie" (K.S. Rutkowski)

TYTUŁ: "Brudne historie"
AUTOR: K.S. Rutkowski
GRAFIKI: Krzysztof SADO Sadowski
ROK WYDANIA: 2006
STRON: 186

K.S. RUTKOWSKI: Rocznik 1974. Urodzony w Koszalinie, gdzie mieszka i pracuje. Był bezrobotnym, tokarzem, pracownikiem budowlanym, zakładał domofony. Autor bardzo kontrowersyjnych opowiadań. Ich bohaterowie to najczęściej ludzie z marginesu społecznego egzystujący w świecie przemocy, podejmujący jednak nieudolne próby odmiany swego losu. 
KRZYSZTOF "SADO" SADOWSKI: Rocznik 1973. Urodzony w Gdyni. Był kierowcą, kopaczem rowów, szlifierzem bursztynu, aktorem oraz pracownikiem portowym w Holandii. Absolwent Sopockiej Szkoły Fotografii WFH, w której obecnie jest wykładowcą. Od roku 2004 należy do Związku Polskich Artystów Plastyków. Autor silnie zabarwionych erotyzmem, kontroweryjnych wystaw fotografii. Uprawia także fotografię komercyjną oraz projektuje okładki zespołów rockowych (m.in. Behemoth, Vader, Kobranocka). 

MOJA OPINIA: 

„Gnida na wolności był menelem i gdy go przymknęli, nie miał co szukać ratunku. W więziennej hierarchii stał trochę wyżej od cwela, ale niżej od frajera.”

W przeciwieństwie do sporej liczby autorów piszących o uroczych krajobrazach i puszystych kotkach, K.S. Rutkowski pochyla się nie tyle nad ciemnymi, ile przede wszystkim brudnymi historiami z życia większych bądź mniejszych popaprańców. Historiami, które wbrew pozorom nie rozgrywają się wyłącznie w zakładach karnych i szarych blokowiskach, ale również na Mauritiusie, Cyprze oraz podczas podróży przez Czarny Ląd, ponieważ absolutnie każdy człowiek, niezależnie od piastowanego stanowiska posiada swoją brudną stronę. Tyle tylko, że niektórzy ze wszystkich sił, a jednak nie zawsze z powodzeniem, starają się ją ukryć pod płaszczykiem uroczego uśmiechu i hojnego gestu.
„Brudne historie” są już moim czwartym spotkaniem z twórczością K.S. Rutkowskiego, który do tej pory oprowadzał mnie po więziennych celach („Kryminał tango”), odkrywał zakamarki męskiej psychiki („W niewoli seksu”) oraz ośmieszał „turystów” wyjeżdżających na wakacje organizowane przez biura podróży („Chiński ekspres”). Podobnie jak w pozycjach, które trafiły do moich rąk jakiś czas temu, także w „Brudnych historiach” ten wymykający się wszelkim ograniczeniom autor podejmuje się opisywania sytuacji wzbudzających kontrowersje. Mocną, męską prozę K.S. Rutkowskiego można pokochać, albo znienawidzić.

„Od czterech dni nie spaliśmy w normalnych łóżkach ani pod dachem, tylko w śpiworach na gołej ziemi, przy rozpalonych ogniskach, nieustannie nękani przez moskity (…). Lepiliśmy się od brudu i potu.”

            Uznanie „Brudnych historii” za opowiadania byłoby lekkim nadużyciem, ponieważ większość z nich to krótkie migawki, obrazy z życia najróżniejszych ludzi, którzy w dość dużym stopniu nasuwają skojarzenia z samym autorem. Efekt jest taki, że czytając opisane przez Rutkowskiego epizody zaczynamy poważnie zastanawiać się nad tym, czy nie są one przypadkiem autobiograficzne… Wydana w 2006 roku pozycja zawiera siedemnaście wymagających od czytelnika dużej cierpliwości historii. Podczas ich czytania trzeba zapomnieć o „pięknej”, ubranej w ładne słowa, prozie. Jeżeli „Brudne historie” będą waszym pierwszym spotkaniem z K.S. Rutkowskim, to podczas ich czytania możecie poczuć się co najmniej dziwnie. Traficie do zupełnie innego, ale jednocześnie podejrzanie prawdziwego świata.

„Nie lubię kobiet łatwych. Tych, które dają się poderwać, bo nie mają nikogo, kto mógłby im tego zabronić. (…) Byle frajer potrafi poderwać samotną kobietę. Niewielu odebrać je ich mężczyznom, patrząc im bezczelnie prosto w twarz.”

          
  Po przeczytaniu kolejnej już pozycji autorstwa K.S. Rutkowskiego doszłam do pewnego wniosku. Tego nietypowego, ale z całą pewnością zasługującego na uwagę autora, należy traktować jak antybiotyk. Po jego książki sięgnijcie wtedy, gdy będziecie mieli już dość powieści lub opowiadań,  które są „wygładzone” i zawierają zapierające dech w piersiach opisy przyrody. Pamiętajcie o tym, żeby nie czytać książek tego autora jedna po drugiej, ponieważ tak jak piękno, tak i brzydotę należy właściwie dawkować. Co za dużo, to niezdrowo.
            Oczywiście nie wszystkie utrwalone przez Rutkowskiego historie zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Niektórych już nawet nie pamiętam, ale akurat to jest chyba kwestią indywidualną. W każdym razie przy czytaniu wielu z nich autorowi udało się mnie zaskoczyć. Ale czemu się tu dziwić – codzienność zaskakuje nas przecież jeszcze bardziej.
„Brudne historie” polecam więc wszystkim tym, którzy szukają czegoś innego, wzbudzającego kontrowersje, undergroundowego.

„Niektórzy w tym co piszę widzą talent, inni wypociny jeszcze jednego grafomana. Nie wiem, kto ma rację. Wiem, że kroczę długą i krętą drogą, jaką jest pisarstwo i albo kiedyś dojdę do jej końca zyskując nazwisko, pozycję i czytelników, albo nigdy jej nie przejdę. Tych kilkanaście opowiadań (…) to mój kolejny krok na tej drodze. Mam nadzieję, że nie najgorszy, ani nie ostatni.”

K.S. Rutkowski

niedziela, 15 lutego 2015

"Misia Sert. Kobieta, która odkryła Coco Chanel" (Arthur Gold, Robert Fizdale)

TYTUŁ POLSKI: "Misia Sert. Kobieta, która odkryła Coco Chanel."
TYTUŁ ORYGINALNY: "Misia: The Life of Misia Sert"
AUTORZY: Arthur Gold, Robert Fizdale
PRZEKŁAD: Katarzyna Kuś, Paweł Wolak
WYDAWNICTWO: Muza
ROK WYDANIA: 2014
STRON: 508

OPIS WYDAWCY: Wielbili ją wielcy poeci, pisarze, malarze i kompozytorzy. Była ich muzą i modelką, a także protektorką - uznanym mecenasem sztuki. Z jej zdaniem liczyła się cała paryska bohema pierwszej połowy XX wieku. Wielokrotnie pozowała Renoirowi, Vuillardowi, Bonnardowi i Toulouse-Leutrecowi. Do grona jej przyjaciół należeli Valery, Chanel, Colette, a także Picasso. Była eminence rose Baletów Rosyjskich. Ta niezwykła kobieta o fascynującym życiorysie odkrył dla świata Coco Chanel.

MOJA OPINIA:

„To zupełnie normalne, że przytrafiają mi się tak niesamowite historie. W końcu jestem wyjątkową osobą i w związku z tym nie mogę, niestety, żyć zgodnie z zasadami. Muszę tworzyć własne reguły.”


           Misia Sert z Godebskich – królowa Paryża, muza artystów, natchnienie poetów. Jeszcze do niedawna nie miałam pojęcia o istnieniu tej niezwykłej kobiety, dlatego od publikacji Arthura Golda i Roberta Fizdale’a oczekiwałam przede wszystkim tego, że znajdę na jej kartach odpowiedź na pytanie: „Kim była Misia?”. Po przeczytaniu poświęconej jej życiu książki mogę stwierdzić jedno – prosta odpowiedź na to pytanie najzwyczajniej w świecie nie istnieje. Maria Godebska, Misia Natanson, Misia Edwards i w końcu Misia Sert. Jej portrety malowali m.in. Christian Berard, Henri de Toulouse-Lautrec, Auguste Renoir oraz Felix Vallotton. Była kobietą niezależną, żyjącą według własnych zasad. Nie tylko muzą i modelką, ale również przyjaciółką takich sław jak Mallarme, Colette, Picasso czy też Proust, który zresztą opisał ją jako księżną Jurbeletiew na kartach powieści „W poszukiwaniu straconego czasu”.

„Choć skończyła już czterdzieści lat, wciąż miała dziewczęcą twarz i lśniące oczy, które gasły, gdy tylko pojawiała się nuda. Dlatego też unikała nudy i uwielbiała się śmiać, w przeciwieństwie do innych kobiet, które ze strachu przed zmarszczkami rzadko sobie na to pozwalają.”

Misia zwykła mówić: „Ja sztuki nie szanuję. Ja ją kocham.”. Myślę, że nie jestem jedyną osobą, która przez wiele lat nie miała pojęcia o istnieniu tej niezwykłej kobiety. Muza Renoira była kimś, kogo w ogóle nie interesowało honorowe miejsce na przyjęciu – zdecydowanie bardziej wolała miejsce najlepsze, a przyznajcie sami, że zazwyczaj to nie to samo. Może dlatego przeciętny czytelnik wie o niej tak mało…
Misia Sert była Polką, jednak jeżeli się nie mylę, to aż do niedawna na naszym rynku wydawniczym próżno było szukać publikacji poświęconej jej życiu. Przyznam, że byłam zaskoczona, kiedy przeczytałam, że biografia Misi napisana przez Golda i Fizdale’a pojawiła się za granicami naszego kraju jeszcze w 1980 roku, a więc ponad dwadzieścia lat temu. Na szczęście w końcu doczekaliśmy się jej tłumaczenia.

„Genialny jest jej chód, śmiech i sposób, w jaki ustawia innych do pionu. Genialne jest to, jak posługuje się wachlarzem, jak wchodzi do samochodu i jak projektuje diademy. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że jej trudny do uchwycenia, ulotny dar, który czasem znajdował swój wyraz w bezczelności, zawiera w sobie również dawkę prawdziwego geniuszu.”

            Książkę czyta się bardzo przyjemnie. Mimo dużej ilości informacji dotyczących nie tylko samej Misi, ale również innych, żyjących w czasach Belle Epoque ludzi sztuki, czytelnik z pewnością nie będzie czuł się zagubiony. Gold i Fizdale stworzyli kompleksowy portret kobiety, która dla świata odkryła Gabrielle Chanel. Na kartach książki znajdziemy także nieopublikowany nigdy wcześniej rozdział o Coco ze wspomnień samej Misi oraz listy od Colette, Ravela oraz m.in. Valery’ego.
            Jeżeli jednak zainteresowaliście się tą publikacją głównie ze względu na osobę Chanel, to możecie poczuć się rozczarowani. Podtytuł książki może sugerować, że będzie to temat wiodący, podczas gdy w rzeczywistości jest mocno okrojony i zredukowany właściwie do minimum. Przyznam także, że momentami nużyły mnie przytaczane listy, która często pojawiały się „znikąd” i nie wnosiły wiele do kształtującego się w naszej głowie obrazu Misi Sert.  Mimo tego myślę, że dla osób zainteresowanych prywatną korespondencją tej trzykrotnie zamężnej skandalistki będzie to prawdziwy rarytas. Niemniej jednak uważam, że pozycję poświęconą Misi warto przeczytać. Wielka szkoda, że wciąż istnieje tyle zapomnianych postaci polskiej, ale nie tylko, historii. Jeżeli jest więc okazja, aby poznać ich troszeczkę bliżej, to powinno się z tego skorzystać. Na prawie pięciuset stronach Arthurowi Goldowi i Robertowi Fizdale’owi udało się stworzyć pasjonujący portret kobiety wymykającej się wszelkim regułom. Polecam.